W 1995 roku, bo wtedy wyszło “I have no mouth…”, byłam jeszcze radosnym przedszkolakiem i nie miałam pojęcia o grach. Pierwszy komputer pojawił się w moim domu jakiś rok później i dopiero wtedy zaczęłam wsiąkać w świat interaktywnych przygód. Kolorowe pudełko z twarzą Harlana Ellisona, znalezione na półce mojego taty wpadło w moje ręce zdecydowanie za wcześnie…

Zaczęłam od przygodówek

Nigdy nie zapomnę dnia, gdy pod nieobecność rodziców zainstalowałam na domowym pececie przygodówkę point&click o niejasnym dla mnie wówczas tytule: I have no mouth, and I must scream (1995).

Byłam już wtedy zaznajomiona z grami, choć większość była dla mnie trudna do opanowania. Nie radziłam sobie dobrze z wymagającymi refleksu i zręczności platformówkami na DOSa, jak the Lion King (1994) czy Aladdin (1994), za to sprawnie wychodziło mi główkowanie przy demie the Legend of Kyrandia – Book Two: The Hand of Fate (1993), w której próbowałam ustalić, dlaczego świat znika kawałek po kawałku. Z pomocą rodziców, rozwiązywałam również łamigłówki the Neverhood (1996), pierwszej gry stworzonej metodą poklatkowego filmowania i animacji plastelinowej. Doskonale znanej każdemu maniakowi zagadek. 😉

Ale nie wszystkie nadawały się dla dzieci

Po odpaleniu I have no mouth spodziewałam się podobnego formatu zabawy, otrzymałam w końcu znajomy gatunek gry. Oto przede mną pojawiła się piątka bohaterów do wyboru: Ellen, Nimdok, Gorrister, Benny i Ted. Tym samym, pięć różnych opowieści. Wszystko to okraszone pełną pikselowych detali grafiką.

Podjęłam próbę, jednak wszelkie moje działania blokowała bariera językowa. Gdyby nie ona, wyłożyłabym się na abstrakcyjnych pojęciach. Nie miałam szans przekonać się, co to właściwie jest. Dodatkowo, gra już następnego dnia zniknęła z dysku, a pudełko wyparowało z półki taty. Ponieważ I have no mouth zostało przez rodzica zaklasyfikowane jako nie-dla-dziecka, moje prośby nie robiły wrażenia.
Zainteresowanie uległo wpływowi czasu, osłabło i zagrzebało tytuł pośród wspomnień.

Co pewien czas przypominałam sobie o tajemniczej grze z dzieciństwa, próbowałam odnaleźć ją w internetowych bazach, opisując w wyszukiwarce zapamiętane obrazy. Żadna solucja, poradnik lub recenzja nie przyszły mi wówczas z pomocą. Gra przepadła na lata… Zanim trafiłam na nią po raz drugi, musiało minąć prawie dwadzieścia lat.

I have no mouth odnalazło mnie samo – byłam już na studiach i oglądałam na YT jakiś materiał o mało znanych grach retro. Chwilę później, gra była już na moim koncie Steam.

O czym jest I have no mouth and I must scream?

Gra powstała na kanwie opowiadania Harlana Ellisona o tym samym tytule. Akcja rozgrywa się w dystopijnej przyszłości, w której superkomputer AM zanihilował całą ludzkość, poza pięcioma osobami. Ocalali są utrzymywani przy życiu wbrew woli, torturowani fizycznie i psychicznie. Dla każdego bohatera, AM przygotował grę mającą uwidocznić ich słabości i wady – przed tymi wyzwaniami staje gracz podczas rozgrywki.

Grę wyprodukowały studia The Dreamers Guild i Cyberdreams, we współpracy z Ellisonem, autorem pierwowzoru. Harlan Ellison udzielił też głosu antagoniście – AM.

Cyberdreams zasłynęło także z Dark Seed, jednej z pierwszych gier w rozdzielczości 640 × 350. Był to wymóg Gigera (tak, tego od Aliena), który udostępnił developerom prawie wszystkie swoje prace.

Wszystkie wybory i działania mają dowieść, że ludzie są lepsi od maszyn, że potrafią przezwyciężyć siebie, odkupić grzechy, zmienić się na lepsze. W wyzwania wplecione są moralne dylematy i kontrowersyjne treści, jak szaleństwo, gwałt, paranoja i holokaust.

Ted, Benny, Ellen, Gorrister i Nimdok są zabawkami AM, wszyscy otrzymali utrudniające im funkcjonowanie cechy, z którym mierzą się zarówno oni, jak i gracz po drugiej stronie monitora. W końcu, bohaterowie zyskują szansę na zniszczenie komputera, ale nie jest to łatwe, bo wszechobecne zło kusi wszystkimi znanymi sposobami.

Gra równie piękna, co straszna

Podróż po światach kreowanych przez AM to uczta dla zmysłów i wyobraźni każdego, kto umie odnaleźć piękno w starej, pikselowej grafice. Postapokaliptyczna sceneria przeplata się z rzeczywistością i fantazją. Kolejne plansze – technopiramida, średniowieczny zamek lub nazistowski obóz – pozostawiają spore pole do domysłów, za każdym razem kierując myśli ku aktom największej podłości, do jakiej mogą być zdolni ludzie. Ponury nastrój przygody budzi wiele refleksji, od samego początku do końca rozgrywki, która oferuje kilka odmiennych zakończeń.

Wysokie oceny i nagrody idą w parze ze stwierdzeniem, że I have no mouth to nie tylko gra. To dzieło sztuki, pod każdym względem wybitne. Zarówno wizualnie, na miarę swoich czasów, jak i merytorycznie, gra budzi emocje i poddaje gracza wielu sprawdzianom, a przy tym nie moralizuje i nie poucza, wnioskowanie pozostawiając odbiorcy.

Bez cienia wątpliwości, I have no mouth polecam każdemu miłośnikowi horroru sci-fi, przygodówek i typowych dla gatunku zagadek. Trzeba się jednak uzbroić w dużo cierpliwości i myśleć niestandardowo! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *